Archidiecezja Łódzka
48 lat temu płonęła łódzka Katedra św. Stanisława Kostki
12:00 | 09.05.2019 | Wyświetleń: 1294 | Autor: ks. Paweł Kłys

– Pamiętam, że był to wtorek – wspomina ks. bp Ireneusz Pękalski. –  Wszyliśmy z kolegami po kolacji na boisko seminaryjne, wówczas ktoś z nas zauważył, że z małej wieży naszej katedry zaczyna wydobywać się stróżka czarnego dymu. Trwało to chwilę. Potem nastąpił trzask, wybuch i płomienie ukazały się na całym dachu katedry. – dodaje ksiądz biskup, który w tamtym czasie był klerykiem Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi.

W najbliższą sobotę minie dokładnie 48 lat od pamiętnego wtorku – 11 maja 1971 roku, kiedy to w godzinach popołudniowych miał miejsce pożar katedry św. Stanisława Kostki.

Pożar rozpoczął się w czasie lub tuż przed nabożeństwem majowym, które w tym dniu celebrował – nie żyjący już profesor WSD w Łodzi – ks. Piotr Rycerski. – Ludzie uczestniczący w nabożeństwie, nie zdawali sobie, że katedra płonie. Dopiero w tym momencie kiedy urwał się jeden z żyrandoli, spadł i roztrzaskał się – wówczas zorientowano się, że coś się dzieje.  To co zrobił ks. Rycerski, to podszedł i wziął Najświętszy Sakrament i wyniósł Go z katedry. – wspomina ksiądz biskup Pękalski.

– Gdy tylko dowiedziałem się o pożarze wybiegłem z seminarium i udałem się pod katedrę. – tłumaczy ówczesny wicerektor WSD. – Przyjechały dwa bardzo mikre wozy strażackie z drabinami sięgającymi do drugiego – trzeciego piętra. Zapytałem czy w ten sposób chcą gasić pożar? Z czasem przyjechały potężniejsze samochody i rozpoczęło się gaszenie. – mówi ks. Karol Szumacher – świadek pożaru łódzkiej katedry.

Z początkowo małego zarzewia ognia, które miał swoje źródło prawdopodobnie pod drewnianym dachem katedry, ogień ogarnął cały dach. Szalejące płomienie w krótkim czasie opanowały całe poszycie dachowe oszczędzając tylko dużą wieżę, na której wisiały dzwony. Na całe szczęście ogień nie przedostały się do wnętrza świątyni.

Gdy ludzie zobaczyli, że katedra płonie zaczęli wynosić z jej wnętrza to co można było by uratować. Jak podkreśla ks. Szumacher jeden z mężczyzn wziął dość dużą figurę Serca Pana Jezusa – prawdopodobnie wykonaną z kamienia – i przeniósł ją do seminarium. Kiedy po renowacji katedry figura miała wrócić na swoje miejsce powrotem odnosiło ją trzech kleryków. – dodaje.

W czasie, kiedy miał miejsce pożar katedry, ordynariuszem Diecezji Łódzkiej był ksiądz biskup Józef  Rozwadowski. – Ksiądz biskup Rozwadowski był na wizytacji w czasie, kiedy rozpoczął się pożar katedry. – tłumaczy ks. Władysław Pryca. – Kiedy wrócił do Łodzi dopuścili go tylko do ulicy Czerwonej, gdyż dalej nie pozwolono mu podjechać. Od Czerwonej środkiem jezdni ksiądz biskup szedł w swoich pontyfikaliach taki przybity w kierunku katedry. Tyle pamiętam – dodaje ks. Pryca.

Następnego dnia tj. w środę 12 maja w Expressie Ilustrowanym już na pierwszej stornie można było przeczytać obszerny artykuł o dzielnych strażakach, którzy poprzez swoją ofiarną pracę uratowali najważniejszą ze świątyń Łodzi. – Z wielką ofiarnością działali strażacy, aby zabezpieczyć przed płomieniami główną wierzę kościoła o wysokości około 100 metrów. Ogień strawiłby ją bardzo szybko, gdyż cała obudowana była drewnianymi rusztowaniami. Pod osłoną tarcz strażacy w ogromnym żarze bijącym od rozpalonych blach – rąbali dach szokując swą brawurą gapiów stojących w oddali. W pewnym momencie na plecy 22 – letniego strażaka Mieczysława Bąka spadł rozżarzony kawał muru. Rannego przewieziono do szpitala. Na szczęście życiu jego nie zagraża niebezpieczeństwo – czytamy w artykule prasowym.

Po pożarze przez dłuższy czas katedra była zamknięta i rozpoczął się mozolny czas odbudowy katedry. – wspomina ks. Stanisław Olczyk. W tym czasie nabożeństwa i Msze Święte były celebrowane przy ołtarzu polowym wzniesionym na jednej ze ścian łódzkiego seminarium duchownego.


Fotografie katedry są własnością Archidiecezji Łódzkiej – publikowanie i rozpowszechnianie ich bez zgody i wiedzy Kurii Metropolitalnej Łódzkiej jest zabronione!