O pontyfikacie papieża Franciszka i schizmie Bractwa Piusa X z o. Krzysztofem Ołdakowskim SJ, wieloletnim dziennikarzem polskiej sekcji Radia Watykańskiego, obecnie proboszczem parafii Najświętszego Imienia Jezus w Łodzi, rozmawia ks. Paweł Gabara.
Ks. Paweł Gabara: Przez wiele lat pracował Ojciec w Watykanie jako dziennikarz i korespondent, obserwując z bliska pontyfikat papieża Franciszka. Jak z tej perspektywy ocenia Ojciec jego pontyfikat?
Krzysztof Ołdakowski SJ: Próbowałem odpowiedzieć na to pytanie w książce Papież Franciszek. Pasterz i prorok. Papież Franciszek był człowiekiem niezwykle autentycznym, o czym świadczy fakt, że sam przed światem odsłaniał swoje życie, mówiąc choćby o słabościach, o korzystaniu z pomocy psychiatry, o trudnych doświadczeniach młodości. Ta jego szczerość pozwala lepiej zrozumieć jego sposób przeżywania wiary i posługi. Był też papieżem bardzo życzliwym, np. wobec Polski. Regularnie pozdrawiał Polaków, przyjmował pielgrzymów, spotykał się z rodzinami ofiar tragedii i zawsze okazywał im wielką bliskość.
Czy obraz Franciszka obecny w mediach był zgodny z tym, którego ojciec doświadczył?
Nie zawsze. Mój obraz papieża zawiera się w dwóch słowach: pasterz i prorok. Już sam wybór imienia Franciszek był programem pontyfikatu: prostota, pokój, troska o ubogich, stworzenie i braterstwo. Wprowadził Niedzielę Słowa Bożego, Światowy Dzień Ubogich czy Światowy Dzień Dziadków i Osób Starszych. Nieustannie przypominał o Bożym miłosierdziu i powtarzał, że pasterz powinien „pachnieć owcami”, czyli być blisko ludzi. Kościół określał jako „szpital polowy”, który najpierw opatruje rany, a dopiero później stawia diagnozy.
Wielu wiernych zapamiętało jednak papieża Franciszka przez pryzmat tematów budzących spory: migrantów, ekologii, Amoris laetitia czy osób LGBT. Dlaczego właśnie taki obraz się utrwalił?
To efekt bardzo selektywnego odbioru i medialnych interpretacji. Wielu komentatorów skupiało się wyłącznie na kontrowersjach. Tymczasem Franciszek nie zmieniał nauki Kościoła, ale przypominał, że za każdą normą stoi konkretny człowiek. W Amoris laetitia nie chodzi o zniesienie wymagań, lecz o towarzyszenie ludziom w trudnych sytuacjach i pomoc w rozeznaniu. Podobnie w innych kwestiach – papież zachęcał do spotkania z człowiekiem, a nie do wydawania wyroków z dystansu, to dotyczy również troski Kościoła o osoby LGBT.
Jednocześnie obserwujemy wzrost popularności środowisk odwołujących się do bardzo wyrazistej tożsamości i tradycji Kościoła. Skąd bierze się to zjawisko?
Coraz więcej osób szuka prostych i jednoznacznych odpowiedzi. Takie środowiska dają poczucie bezpieczeństwa, jasno określają zasady i w pewnym sensie zdejmują z człowieka ciężar osobistego rozeznawania, do czego zachęcał papież Franciszek. Tymczasem chrześcijaństwo wymaga odpowiedzialności za własne decyzje, a to w życiu jest trudniejsze, ponieważ prowadzi nas do dojrzałości, której źródłem jest Ewangelia.
Jednym z najważniejszych pojęć pontyfikatu była synodalność. Wielu ludzi odbierało ją jednak jako próbę demokratyzacji Kościoła?
Uważam, że to jest wielkie nieporozumienie. Synodalność nie oznacza demokracji, lecz współodpowiedzialność. Papież Franciszek uczynił z synodu nie jednorazowe wydarzenie, ale proces słuchania całego Kościoła. Ostateczne decyzje w Kościele nadal należą do papieża i biskupów, jednak wszyscy ochrzczeni mają prawo i obowiązek uczestniczyć w rozeznawaniu. Chodzi o podmiotowość wiernych, a nie o głosowanie nad prawdami wiary. Myślę, że źródłem zamieszania w rozumieniu synodalności, jest droga synodalna, którą idzie Kościół Niemiecki. Papież wielokrotnie podkreślał, że niemiecka droga synodalna nie ma nic wspólnego z synodalnością, którą od wieków podąża Kościół powszechny. Dla mnie synodalność to wspólnotowość, za którą jako wierzący chcemy wziąć odpowiedzialność.
W ostatnich dniach wiele emocji wzbudziła sytuacja związana z Bractwem św. Piusa X. Jak Ojciec patrzy na ten problem powrotu bractwa do schizmy i ekskomuniki?
Chciałbym jasno powiedzieć, że dla Kościoła każdy człowiek jest ważny i nikogo nie można nigdy lekceważyć. Jednocześnie jedność z papieżem pozostaje fundamentem katolickiej tożsamości. Trzeba też odróżnić uczestnictwo w liturgii sprawowanej według dawnego rytu od przynależności do środowisk odrzucających posłuszeństwo Stolicy Apostolskiej. To są dwie różne rzeczy. Problem, ze schizmą jest i tego nie należy lekceważyć, a wręcz należy uświadamiać wiernym, jak wielką szkodę duchową ponieść mogą ci, którzy zwiążą się z każdą organizacją, wspólnotą, czy też osobą, która jest poza Kościołem. Warto przy tej okazji również wspomnieć, że wielu katolików sympatyzuje z duchownymi, którzy są w karach kościelnych, uczestniczą w sprawowanej przez nich liturgii, czy też słuchając ich błędnego nauczania je promują. Te wszystkie działania są niezgodne z nauczaniem i prawem Kościoła i niosą wielkie niebezpieczeństwo.
Jak zatem rozmawiać z osobami, które wybierają takie środowiska?
Przede wszystkim spokojnie i z szacunkiem. Jeżeli ktoś poprosi mnie o rozmowę, zawsze jestem do niej gotów. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że jedność z Kościołem ma swoje konsekwencje i nie można jej traktować wybiórczo.
Czy dzisiaj jedność nie staje się wartością niedocenianą?
Jedność nie oznacza jednolitości. Kościół nie jest organizacją, w której wszyscy mają być identyczni. Jest miejsce dla różnych duchowości, wrażliwości, sposobów przeżywania liturgii i wiary. Ta różnorodność jest bogactwem, o ile pozostajemy wierni Ewangelii, nauczaniu Kościoła i zachowujemy jedność z następcą św. Piotra.
