Archidiecezja Łódzka
Taize – jedność jest możliwa!
06:43 | 13.08.2019 | Wyświetleń: 315 | Autor: ks. Piotr Niedzielski / ks. Paweł Bogusz

Ostatnie 48 godzin w Taizé minęło nam niezwykle szybko. Był to czas żegnania się z tym wyjątkowym miejscem, które na siedem dni stało się naszym domem, i z niesamowitymi ludźmi, których Pan Bóg pozwolił nam spotkać.

W sobotę, po porannych modlitwach i śniadaniu, odbyły się ostatnie spotkania w małych grupach, podczas których dzieliliśmy się swoimi przeżyciami i wrażeniami, których doświadczyliśmy w trakcie ostatnich dni.

Z kolei po obiedzie wzięliśmy udział w ciekawym spotkaniu, zorganizowanym na naszą prośbę. Była to rozmowa z br. Markiem i uchodźcą z Sudanu, który w Taizé mieszka od jakiegoś czasu. Jego opowieść była przejmująca, z pewnością wielu z nas nigdy jej nie zapomni. Młody mężczyzna z Sudanu opowiadał o swoim ojczystym kraju, targanym wojną i niepokojami społecznymi, z którego wielu jego rodaków, głównie chrześcijan, było zmuszonych uciekać. Wspominał o ogromnej biedzie panującej w Sudanie, o małych dzieciach, o które tak naprawdę nikt nie dba. Szczególnie zapadła nam w pamięć relacja z bardzo niebezpiecznej przeprawy przez Morze Śródziemne, o ratunku, o pierwszych chwilach w Europie… Wielu z nas relacje uchodźców i o uchodźcach znało do tej pory tylko z przekazów medialnych, a zatem rozmowa z naocznym świadkiem wydarzeń sprawiła, że zupełnie inaczej rozumiemy teraz to trudne i ważne zagadnienie. Może warto też wspomnieć, że uchodźcami w Taizé zajmuje się obecnie właśnie br. Marek.

Po wspomnianym spotkaniu było jeszcze trochę czasu wolnego, dlatego też niektórzy z nas postanowili wybrać się autobusem do miasteczka Cluny, które słynie na cały świat z benedyktyńskiego opactwa, istniejącego i prężnie działającego w średniowieczu. I faktycznie, miasteczko pełne jest śladów zakonników i ich zgromadzenia, żyjących w miejscowym opactwie przed wiekami. Turyści mogą obecnie zwiedzić poklasztorne pozostałości, przy okazji dowiadując się jak ogromny teren zajmowało niegdyś opactwo i jak świetnie zorganizowany organizm stanowiło. Wyjeżdżając z Cluny pomyśleliśmy sobie: jak niesprawiedliwie ocenia się epokę średniowiecza! Doprawdy – czemu jest ona symbolem zacofania, ciemnoty, jakiegoś zastoju gospodarczego czy kulturalnego? Cluny zaprzecza takim tezom! Przecież to właśnie tam mnisi z jednej strony krzewili benedyktyńską duchowość, a z drugiej stworzyli potężny ośrodek gospodarczy, służący nie tylko samym zakonnikom, ale wszystkim okolicznym mieszkańcom. Jeśli zaś dodamy do tego fakt, iż opactwo było architektoniczną perełką, to chyba mit o ciemnym średniowieczu należałoby wreszcie raz na zawsze obalić…

Ważnym punktem w sobotnim programie była oczywiście wieczorna modlitwa, podczas której wszyscy trzymali w rękach zapalone świece, symbolizujące światło którym jest i które przynosi Zmartwychwstały Jezus (analogia do Wigilii Paschalnej jak najbardziej prawidłowa).

Niedziela, ostatni nasz dzień w Taizé, był zarazem najgorszy pod względem pogody – od rana padał deszcz, temperatura też nas specjalnie nie rozpieszczała. O 10:00 rozpoczęła się niedzielna Eucharystia – dla nas ostatnia w tym miejscu. Dalsza część dnia upłynęła nam na sprzątaniu, przyjmowaniu nowych grup pielgrzymów, robieniu ostatnich zakupów w taizowskiej księgarni i posiłkach. O godz. 20:30 byliśmy jeszcze na wieczornych modlitwach, by bezpośrednio po ich zakończeniu wyruszyć w drogę powrotną do Łodzi.

Jaki był ten wyjazd? Co zapamiętają z niego nasi młodzi diecezjanie? Oddajmy im głos:

Piotr z Bedonia: Pobyt w Taizé jest takim wejściem na górę Tabor. Było pięknie, przeżyliśmy wiele duchowych poruszeń, ale wiem, że trzeba wracać do rzeczywistości i teraz próbować ją przemieniać.

Piotr z Łodzi: Bardzo dobry czas, za który bardzo dziękuję Panu Bogu jak i ludziom, których tutaj spotkałem. Szczególnie zapamiętam moją grupę dzielenia, do której należały m.in. trzy Włoszki (katoliczki) i Niemka ze wspólnoty protestanckiej.

Ania z Łodzi: Poruszyło mnie to, że osoby tu poznane pięknie opowiadały o przebaczeniu. Dobrym doświadczeniem była też dla mnie posługa w chórze; myślałam, że posługując śpiewem nie znajdę czasu na modlitwę, ale ta obawa okazała się bezpodstawna.

Sandra z Czarnocina: Najbardziej zapamiętam spotkania z księdzem arcybiskupem, a także uśmiechy wszystkich ludzi, dla mnie przecież w większości nieznajomych. Niesamowite było też to, że młodzi z różnych kultur, narodów, języków modlili się wspólnie i byli w tym zjednoczeni. Przeżyłam też tu taki duchowo-umysłowy reset.

Wiktoria z Czarnocina: Zobaczyłam tutaj, że biskup jest normalnym człowiekiem; że można i trzeba „złapać” go za rękę i pogadać; że nie trzeba traktować go inaczej, jak kogoś niezwykłego. To dla mnie bardzo cenne doświadczenie.

Kończy się nasz wyjazd! Jest wczesne, poniedziałkowe popołudnie, mkniemy autostradą w kierunku Wrocławia. Trudno opisać w kilku słowach to, co przez ostatni tydzień działo się w nas i wokół nas. Staraliśmy się to robić, głównie poprzez nasze relacje, ale i tak wiele rzeczy zostanie gdzieś w naszych sercach i w pamięci. Jesteśmy Panu Bogu wdzięczni za dar bycia w Taizé, za spotkanych ludzi, za doświadczenie żywego Kościoła. Za to, że doświadczyliśmy jedności w różnorodności, i że uczyliśmy się tę jedność budować. Teraz nadejdzie czas przenoszenia tych doświadczeń na codzienną rzeczywistość, i choć to zadanie do najłatwiejszych należeć nie będzie, to jednak wyrzucamy z naszych słowników zdanie: „Nie da się”. Także dlatego, że prosił nas o to ksiądz arcybiskup. A za rok – kto wie, może uda się zorganizować następny wyjazd, ale tym razem już z udziałem młodzieży z innych wyznań chrześcijańskich, a także pastorów, księży i biskupów z bratnich kościołów? Czy to nie piękna perspektywa?