Archidiecezja Łódzka
Taize – ekumenizm w praktyce
12:00 | 11.08.2019 | Wyświetleń: 571 | Autor: ks. Piotr Niedzielski / ks. Paweł Bogusz

Rację mieli starożytni, mawiając: Tempus fugit – czas faktycznie ucieka! Chciałoby się powiedzieć: pędzi jak szalony. W Taizé nie chce być inaczej: dni mijają nie wiadomo kiedy, a ekrany naszych telefonów pokazują to jeszcze wyraźniej. Za nami już czwartek, piątek, a dziś, gdy piszę te słowa, jest już sobotnie popołudnie. Jesteśmy Wam jednak winni relację z ostatnich dni, a zatem nie przedłużając, przystępujemy do snucia (bynajmniej nie morskich!) opowieści;). A działo się naprawdę sporo!

Czwartek był m.in. dniem spotkań w grupach narodowych. Polscy pielgrzymi z tej racji zjedli wspólnie śniadanie, na którym byli obecni polscy bracia ze wspólnoty (Maciej, Wojciech i Marek), a także ksiądz arcybiskup Grzegorz. Posiłek stał się więc dobrą okazją do jeszcze jednego spotkania, zadawania pytań i po prostu – do wspólnego spędzenia czasu (było to o tyle ważne, że tego dnia nasz pasterz wracał już do Polski i po posiłku nadszedł czas na pożegnanie). Warto też w tym miejscu podkreślić, że w śniadaniu uczestniczyli wszyscy młodzi Polacy będący w tym tygodniu z Taizé; były to więc grupy z Wrocławia, Warszawy, Opola i Łodzi. Podczas spotkania ks. arcybiskup zwracając się m.in. do młodych diecezjan, powiedział: Najpierw chciałbym powiedzieć, że bardzo mnie porusza wasza obecność tutaj – was, 50 osób z diecezji. Ona napawa mnie wielkim optymizmem; chciałbym bowiem, abyście to doświadczenie z Taizé przenieśli na nasz łódzki grunt, do łódzkiego Kościoła. Zaapelował do młodych łodzian, aby Duch, którego tak obficie nabrali i doświadczyli w Taizé, zabrali z sobą do swoich środowisk. Prosił przy tym: Pozbądźcie się takiego myślenia, że to niemożliwe! Kościół bardzo tego potrzebuje.

Nasz metropolita przytoczył także świadectwo jednego z łódzkich pielgrzymów, Ignacego, które z jednej strony dobrze oddaje ducha Taizé, a z drugiej stanowi doskonałe streszczenie tego, co młodym chciał przekazać ksiądz biskup. Chodziło o kwestię sprzątania toalet; Ignacy miał powiedzieć, że sprząta je bez szemrania z dwóch głównych powodów: po pierwsze dlatego, że widzi iż w pracę angażują się wszyscy, a po drugie – bo uznaje Taizé za coś swojego, za co chce wziąć odpowiedzialność. Myśl księdza arcybiskupa właśnie tego dotyczyła – chodziło mu o to, aby młodzi poczuli się w Kościele jak u siebie, żeby zaczęli uważać go za swój, żeby brali za niego odpowiedzialność.

Innym wydarzeniem dnia była krótka mini-pielgrzymka księży z Polski do Ars, znanego na całym świecie miejsca posługi i śmierci św. Jana Marii Vianneya. Pobyt w tym francuskim miasteczku, związanym z osobą patrona proboszczów, był dla nich dużym duchowym przeżyciem. Kilku łódzkich prezbiterów miało okazję być tam po raz pierwszy.

Ostatni akord dnia stanowiła modlitwa ekumeniczna i spotkanie z br. Aloisem w Kościele Pojednania, tłumaczone na kilka języków.

Piątek był zdecydowanie jednym z najcieplejszych dni podczas naszego pobytu. Temperatura sięgnęła 35 st., choć na szczęście nie zabrakło kojących powiewów wiatru. My ten dzień rozpoczęliśmy od udziału w liturgii grekokatolickiej, sprawowanej po ukraińsku przez duchownych tego obrządku. Miało to miejsce w romańskim kościółku nieopodal wioski Taizé. Było to dla nas ciekawym doświadczeniem – nabożeństwo zostało praktycznie w całości odśpiewane, a pewną nowość stanowiła choćby forma przyjęcia Komunii Św.; grekokatolicki kapłan udzielał jej bowiem na sposób typowy dla kościołów wschodnich, za pomocą specjalnej łyżeczki.

W tym miejscu dobrze byłoby wyjaśnić, o co właściwie chodzi ze wspomnianym w tytule ekumenizmem w praktyce? Nasze obserwacje poczynione w Taizé każą dać następującą odpowiedź: to po prostu budowanie wspólnoty pomiędzy chrześcijanami różnych wyznań. To bycie razem w różnych sytuacjach, miejscach i wydarzeniach; z jednej strony wspólna modlitwa kanonami Taizé i rozważanie słowa Bożego, a z drugiej wspólna praca i odpoczynek, a także spożywanie posiłków i zabawa. W Taizé wszyscy są po prostu razem; przy czym nie mamy tu do czynienia z jakąś formą religijnego misz-maszu. Nie może być też mowy o zamazywaniu różnic międzywyznaniowych i osłabianiu własnej tożsamości religijnej. Wszyscy nawzajem się przyjmują i okazują sobie naprawdę dużo życzliwości. Katolicy mogą bez problemu sprawować Eucharystię, prawosławni mają swoją kaplicę, a protestanci (i nie tylko) mogą przyjąć podczas porannej modlitwy pobłogosławiony chleb. Widzieliśmy w wiosce obraz Matki Bożej Częstochowskiej, a kilka kanonów śpiewanych podczas modlitw zawiera odwołanie do Maryi. Można zatem powiedzieć, że każdy może się czuć w Taizé jak u siebie; choć wiele nas różni z religijnego czy teologicznego punktu widzenia, to jednak możemy też trwać w prawdziwej i nieudawanej jedności. I doprawdy, nikt tu nikogo nie chce przekonywać do konwersji i nikt nie czuje się zagrożony; nie widzieliśmy też próby tłamszenia czyjejś wrażliwości religijnej. Różnice między naszymi wyznaniami są, nikt tego nie neguje. Ale w Taizé nie one są w centrum; tu naprawdę szuka się tego, co łączy, a nie tego, co dzieli…

Po południu chętni mogli wziąć udział w spotkaniu zorganizowanym przez młodzież z Ukrainy (zaprezentowano śpiewy i tańce ludowe – można było się dołączyć!;)). Nie zabrakło i tych, którzy zdecydowali się na spacery czy też wycieczki do okolicznych miasteczek – Cormatin, Cluny czy Ameugny.

Wieczór upłynął na modlitwie ekumenicznej połączonej z całonocną adoracją krzyża (choć tu trzeba przyznać, że nie wszystkim udało się do niego podejść – tylu młodych chciało to zrobić!). Oczywiście podczas adoracji cały czas dyżurowali bracia i kapłani, gotowi służyć rozmową czy też sakramentem pokuty i pojednania. Chętnych nie brakowało…

Gdy piszę te słowa, trwa właśnie nasza ostatnia doba w Taizé. Wciąż dużo się dzieje, ale o tym postaramy się napisać w kolejnej relacji.