"Don Camillo" Guareschi

Braciszek


Stojąc u podnóża wału, na dróżce, która się nań wspinała, Peppone i jego kompania rozprawiali o perfidii kleru w ogólności, a don Camilla w szczególności, kiedy, niczym gołąbek w gnieździe jastrzębii, na drodze pojawił się ni stąd ni zowąd braciszek zakonny. (...)
Popatrzyli na niego ponuro przez dłuższą chwilę i dali mu się wygadać, ale kiedy umilkł, Peppone odezwał się sarkastycznie:
- Gdybyście, zamiast tak się zdzierać chodzeniem, spróbowali się wziąć do jakiejś pożytecznej roboty, może lepiej byście się mieli.
Braciszek uśmiechnął się:
- My nie staramy się o to, żeby mieć lepiej, a nawet wolimy mieć gorzej.
- Wasza sprawa - odburknął Peppone.
Braciszek był nieśmiały i pokorny.
- Nie, to nie jest nasza sprawa. Klasztor nie ma nic, a dzień w dzień wielu głodnych ludzi przychodzi zastukać do naszej furty. My prosimy ludzi o to, co mają w nadmiarze, żeby móc dać to, co niezbędne tym, którzy cierpią biedę.
Peppone zaśmiał się drwiąco:
- Gdyby ci, co cierpią biedę, zamiast pukać do furt klasztornych połączyli się i wygrzmocili kijami po łbach tych, co się mają za dobrze, nastałby zaraz porządek.
- Trzeba ufać w Opatrzność Boską - szepnął braciszek.- Gwałtem osiągnąć można tylko dalsze gwałty. Zła się złem nie uleczy. Aby osiągnąć dobro, trzeba dobro czynić.
Peppone wybuchnął śmiechem.
- No, tośmy się i dogadali. Do widzenia.
Braciszek nie zniechęcał się tak łatwo:
- Nie moglibyście mi dać choć najmniejszego datku?
- Nie! - wrzasnął Peppone
- Zróbcie mi tę łaskę i weźcie przynajmniej obrazek - szepnął.
- Nic mi po nim - odburkął Peppone.
Braciszek (...) powoli cofnął rekę trzymającą obrazek. Potem odwrócił się, mozolnie wdrapał na wał i ruszył w swoją drogę.

Wróciwszy do domu, Peppone ściągnął kurtkę, włożył kombinezon, poszedł do warsztatu i próbował zabrać się do roboty, ale był jeszcze zbyt zdenerwowany, żeby z tej roboty mogło wyjść coś dobrego. Nałożył z powrotem kurtkę, wziął rower i pojechał się trochę przewietrzyć. (...) Zaczął pedałować co sił: trzeba było się spieszyć, jeżeli chciał jeszcze zdążyć coś znaleźć. (...)
Nagle dostrzegł we mgle coś ciemnego na brzegu rowu. Zahamował: tak to był "tobołek łachów wyglądający na zakonnika".

Braciszek, który odpoczywał na krawędzi rowu, podniósł się i patrzył oszołomiony na tego ogromnego draba. Poznał go.
- Zabłądziłem we mgle - mruknął Peppone. - Nie wiecie, czy dobrze jadę do Giabolo?
-Tak - odpowiedział zakonnik. - Ja właśnie wracam do klasztoru, który jest o dwa kilometry od Giabolo. (...)
Ruszył z sakwą na plecach, a Peppone zsiadł z roweru i szedł obok. (...)
Nagle Peppone zatrzymał się i braciszek także się zatrzymał.
- Dla waszych biednych - mruknął Peppone podając zakonnikowi banknot pięćsetlirowy. (...)
- Bóg wam to policzy - szepnął braciszek i schowawszy banknot ruszył naprzód. Ale Peppone stał w miejscu, więc braciszek obejrzał się i spytał:
- O co chodzi?
- Obrazek! - powiedział Peppone (...)
Braciszek sięgnął do rękawa, wyłowił stamtąd obrazek i podał go Pepponowi, który wetknął kartonik do kieszeni.
- Dobranoc - mruknął Peppone, zrobił w tył zwrot i wskoczył na rower.
Braciszek spoglądał za nim, dopóki nie zniknął we mgle. Był zdezorientowany: czyż ten człowiek nie mówił, że jedzie do Giabolo? Czemu więc zawrócił teraz w przeciwną stronę?