|
Stojąc u podnóża wału, na dróżce, która się nań wspinała, Peppone i jego kompania rozprawiali o perfidii kleru w ogólności, a don Camilla w szczególności, kiedy, niczym gołąbek w gnieździe jastrzębii, na drodze pojawił się ni stąd ni zowąd braciszek zakonny. (...) Popatrzyli na niego ponuro przez dłuższą chwilę i dali mu się wygadać, ale kiedy umilkł, Peppone odezwał się sarkastycznie: - Gdybyście, zamiast tak się zdzierać chodzeniem, spróbowali się wziąć do jakiejś pożytecznej roboty, może lepiej byście się mieli. Braciszek uśmiechnął się: - My nie staramy się o to, żeby mieć lepiej, a nawet wolimy mieć gorzej. - Wasza sprawa - odburknął Peppone. Braciszek był nieśmiały i pokorny. - Nie, to nie jest nasza sprawa. Klasztor nie ma nic, a dzień w dzień wielu głodnych ludzi przychodzi zastukać do naszej furty. My prosimy ludzi o to, co mają w nadmiarze, żeby móc dać to, co niezbędne tym, którzy cierpią biedę. Peppone zaśmiał się drwiąco: - Gdyby ci, co cierpią biedę, zamiast pukać do furt klasztornych połączyli się i wygrzmocili kijami po łbach tych, co się mają za dobrze, nastałby zaraz porządek. - Trzeba ufać w Opatrzność Boską - szepnął braciszek.- Gwałtem osiągnąć można tylko dalsze gwałty. Zła się złem nie uleczy. Aby osiągnąć dobro, trzeba dobro czynić. Peppone wybuchnął śmiechem. - No, tośmy się i dogadali. Do widzenia. Braciszek nie zniechęcał się tak łatwo: - Nie moglibyście mi dać choć najmniejszego datku? - Nie! - wrzasnął Peppone - Zróbcie mi tę łaskę i weźcie przynajmniej obrazek - szepnął. - Nic mi po nim - odburkął Peppone. Braciszek (...) powoli cofnął rekę trzymającą obrazek. Potem odwrócił się, mozolnie wdrapał na wał i ruszył w swoją drogę.
Wróciwszy do domu, Peppone ściągnął kurtkę, włożył kombinezon, poszedł do warsztatu i próbował
zabrać się do roboty, ale był jeszcze zbyt zdenerwowany, żeby z tej roboty mogło wyjść coś dobrego.
Nałożył z powrotem kurtkę, wziął rower i pojechał się trochę przewietrzyć. (...)
Zaczął pedałować co sił: trzeba było się spieszyć, jeżeli chciał jeszcze zdążyć coś znaleźć. (...)
Braciszek, który odpoczywał na krawędzi rowu, podniósł się i patrzył oszołomiony na tego ogromnego
draba. Poznał go.
|