|
Późnym wieczorem, siedząc w konfesjonale, don Camillo dojrzał przez kratkę twarz przywódcy skrajnej lewicy,
zwanego Peppone. (...) - Bóg z tobą, bracie; z tobą, któremu bardziej niż komukolwiek innemu potrzebna jest Jego święta łaska. Od jak dawna nie byłeś u spowiedzi? - Od 1918 roku - odrzekł Peppone. - Pomyśl tylko, ile grzechów musiałeś popełnić w ciągu tych dwudziestu ośmiu lat, przy tych wspaniałych ideach, które tkwią w twojej głowie. - No cóż, sporo - westchnął Peppone. - Na przykład? - Na przykład dwa miesiące temu wygrzmociłem księdza proboszcza. - To ciężki grzech - rzekł don Camillo. - Znieważając sługę Bożego, obraziłeś Boga. - Żałuję tego! - wykrzyknął Peppone. - Ja zresztą wygrzmociłem księdza nie jako sługę Bożego, tylko jako przeciwnika politycznego. To była chwila słabości. - A oprócz tego i oprócz przynależności do tej twojej cholernej partii innych ciężkich grzechów nie masz na sumieniu? Peppone wypróżnił cały swój "worek". (...) A potem, podczas gdy Peppone klęczał przed balustradą prezbiterium odprawiając pokutę, don Camillo poszedł uklęknąć u stóp Ukrzyżowanego.
Kopniak był jak grom. Peppone zainkasował go bez mrugnięcia okiem, potem wstał i odetchnął z ulgą. |